Będzin | fot. Ipla

Całe życie na coś czekamy. Na osiągnięcie pełnoletności, na dostanie się na studia, na ich skończenia, na lepsza pracę, na rodzinę, na nowy dom, na emeryturę.. Czekamy końca lekcji, do fajrantu, do wieczora, do piątku.. I właśnie o wydarzeniach, które rozegrały się w piątkowy wieczór, pragnę dziś Państwu opowiedzieć.

Osiemnaście lat temu 16 października przypadał w piątek. Tygodnia koniec i początek – jak śpiewał kiedyś jeden z polskich raperów, obecnie dumnie obnoszący się po sejmowych korytarzach. 16 października 1998 r. był jednak datą dość specyficzną. Tego bowiem dnia przypadała 20 rocznica wyboru krakowskiego arcybiskupa Karola Wojtyły na papieża. Postać Papieża – Polaka jest chyba każdemu znana i budzi szacunek bez względu na światopogląd. Z tego tytułu również piszący te słowa dobrze zapamiętał owe popołudnie. Nie spodziewałem się jednak, że po osiemnastu latach wrócę do niego w takim kontekście.

Tego samego dnia, wczesnym rankiem, dokładnie o 6:15, ze swego domu, położonego w Dąbrowie Górniczej – Strzemieszycach (ówcześnie było to województwo katowickie, dziś śląskie) wyszedł z domu pięćdziesięciodwuletni Adam Halaczek. Od blisko trzydziestu lat był nauczycielem, naówczas pełnił funkcję wicedyrektora zespołu szkół zawodowych przy KWK „Wieczorek” w Katowicach – Janowie. Halaczek pojechał pociągiem do Katowic, pojawił się w szkole już około 7:30 i pracował do 14. Po pracy udał się na dworzec kolejowy Katowice – Szopienice, skąd planował dojechać pociągiem do Będzina, a następnie autobusem do Strzemieszyc.

Na dworzec szedł z kolegą z pracy. w pewnym momencie zaproponował mu, aby wspólnie „wypili kielicha”. Pan Halaczek raczej stronił od alkoholu, jednak zaczynał się weekend, a zaledwie dwa dni wcześniej przypadał Dzień Nauczyciela, więc propozycji tej nie należy się szczególnie dziwić. Koledze nie trzeba było dwa razy powtarzać tej propozycji, postawił jednak warunek: wspólnie pojadą do innej szkoły, w której kolega miał prowadzić zajęcia od 15:30. Adam Halaczek przyjął ten warunek i razem wsiedli do pociągu.

Obaj dżentelmeni pojawili się na stacji kolejowej Będzin Miasto około godz. 15. Pierwsze kroki skierowali do sklepu monopolowego, położonego naprzeciwko dworca. Tam kupili pół litra wódki i jedną puszkę piwa. Z tym –  jakże przyjemnym – ciężarem ruszyli w stronę szkoły budowlanej przy ul. Krasickiego. W gmachu szkoły udali się do gabinetu kierownika kształcenia zawodowego, gdzie znajdowała się jeszcze jednak nauczycielka. Kolega Halaczka poszedł zadać uczniom materiał do samodzielnego przerobienia, a Halaczek czekał w tym czasie w gabinecie. Było ok. 15:35. Kierowniczka wyszła z pracy o godzinie 16, kwadrans później wrócił z zajęć kolega i obaj panowie przystąpili do artystycznej części wieczoru. Po kilku kieliszkach Adam Halaczek zadzwonił do żony, mówiąc, że przyjedzie później i że przebywa w towarzystwie swojego kolegi.

Godzinę później, około 17:40 opuścili budynek budowlanki i skierowali się na zajezdnię autobusową, znajdującą się przy ul. Kościuszki. Stamtąd komiliton miał udać się autobusem 269 w stronę Siewierza, natomiast Adam Halaczek do rodzinnych Strzemieszyc. Oczekiwanie na autobus koledzy umilili sobie spożyciem piwa, które przezornie zakupili kilka godzin wcześniej. O godz. 18:15 na stanowisko przyjechał autobus linii 28, który przez Strzemieszyce miał jechać do Sosnowca – Maczek. Wicedyrektor zdecydował jednak, że zaczeka na odjazd autobusu kolegi i pojedzie następnym. Autobus do Siewierza, wraz z obecnym na pokładzie nauczycielem budowlanki, odjechali o 18:34.

O 18:55 na przystanku zatrzymał się autobus linii 928. Kierowca zauważył siedzącego na ławce Adama Halaczka, który rozmawiał z innym mężczyzną. Kierowca nie widział jego twarzy, ponieważ stał on plecami do autobusu. Był to mąż krępej budowy ciała, w wieku około 50 lat, na głowie miał wełnianą czapkę w kolorze czarnym. Kierowca autobusu zeznał potem, że usłyszał, jak ów nieznajomy mąż  zdradził Halaczkowi, że o 19:35 ma autobus na Kazimierz (dzielnica Sosnowca). Kierowca zdziwił się, że mężczyźni nie wsiedli do jego autobusu, ponieważ również przejeżdżał przez Kazimierz. Po chwili oczekiwania zamknął drzwi autobusu i odjechał.

Dokładnie o 20:23 w mieszkaniu państwa Halaczków w dąbrowskich Strzemieszycach zadzwonił telefon. Komiliton pana domu dzwonił, by zapytać, czy wicedyrektor szczęśliwie dotarł w rodzinne pielesze. Jakież było jego zdziwienie, gdy pani Halaczkowa powiedziała, że nadal na niego czeka! Natychmiast zadzwoniła do bliższych znajomych, a potem do szpitali. Bez skutku. Żadnych informacji o losie nauczyciela nie miały również będzińska i dąbrowska komenda rejonowa.

Minęła noc. Rankiem, 17 października 1998 r. najbliżsi pedagoga zaczęli prowadzić akcję poszukiwawczą. Niestety, nie udało im się znaleźć żadnych nowych informacji, więc o godz. 21 córka nauczyciela zawiadomiła policję o zaginięciu swego ojca.

Poniedziałek, 19 października 1998 r. Rano do drzwi państwa Halaczków zapukał mieszkaniec Będzina, który przekazał małżonce pedagoga legitymację nauczycielską Adama Halaczka i jego bilet miesięczny. Indagowany przez ślubną połowicę zaginionego wyznał, że przedmioty te znalazł, spacerując z psem nad brzegiem rzeki Przemszy w Będzinie. O tej wizycie zawiadomiono policję.

Rozpoczęła się penetracja terenów nad brzegami Przemszy. Akcja okazała się skuteczna, jednak jej wynik nie był tym, którego życzyliby sobie najbliżsi nauczyciela. W Przemszy, przy jej lewym brzegu, dryfowały bowiem zwłoki poszukiwanego od 3 dni profesora.

W toku oględzin i otwarcia zwłok, a także penetracji miejsca ich ujawnienia ustalono, że doszło do popełnienia przestępstwa. Na głowie nauczyciela znajdowały się bowiem dwie rany tłuczone wraz z włamaniem kości pokrywy czaszki. W okolicach kolan ujawniono nieregularne zasinienia, ustalono również stan ostrej rozedmy płuc. Badania krwi wykazały obecność 3,4 promili alkoholu. Biegli anatomopatolodzy orzekli jednak, że przyczyną zgonu Adama Halaczka było uduszenie przez utonięcie.

W tym stanie rzeczy 22 października 1998 r. prokurator wszczął śledztwo w sprawie zabójstwa Adama Halaczka. Przesłuchano wiele osób, w tym członków rodziny i znajomych z pracy denata. Pozwoliło to jednak zrekonstruować przebieg feralnego dnia tylko do godziny 18:55. Ostatnią osobą, która widziała pedagoga żywego, był kierowca miejskiego autobusu. Nie ustalono personaliów krępego pięćdziesięciolatka, który dyskutował z Halaczkiem na przystanku.

Swoistą „opieką” objęto mężczyznę, który znalazł dokumenty nauczyciela. Podczas przesłuchania wyznał, że znalazł je spacerując z psem nad brzegiem Przemszy. Miało to miejsce w godzinach porannych w sobotę, 17 października. Zeznania te potwierdziła żona owego znalazcy. Mimo to prokurator nakazał dokonanie przeszukania w ich mieszkaniu. Kipisz pozwolił jedynie na wykluczenie tego wątku z dalszego postępowania.

Przesłuchano pracujące w sklepie monopolowym przy ul. Czeladzkiej ekspedientki, jednak żadna z nich nie miała wiedzy na interesujący śledczych temat. Postanowiono więc zwrócić się do społeczeństwa o pomoc.

3 listopada 1998 r. w „Wiadomościach Zagłębia” ukazał się komunikat, dotyczący zabójstwa Adama Halaczka. Z funkcjonariuszami ówczesnej Komendy Rejonowej Policji w Będzinie skontaktowało się telefonicznie kilka osób, które wskazywały, że związek ze sprawą może mieć imiennie wskazane cztery osoby: dwie kobiety i tyluż mężczyzn. Przeprowadzono z ich udziałem czynności procesowe oraz dokonano przeszukań zajmowanych przez nich pomieszczeń, jednak nie znaleziono dowodów na udział tych osób w zabójstwie Adama Halaczka.

Postanowieniem z 16 marca 1999 r. asesor będzińskiej Prokuratury Rejonowej umorzył śledztwo w tej sprawie. Poproszono o pomoc „Telewizyjne Biuro Śledcze”. Jesienią 1999 r. w Będzinie pojawił się – nieżyjący już niestety – wrocławski aktor Tadeusz Szymków, który przedstawił inscenizację zdarzeń z października 1998 r. Na zdjęciu przedstawiłem fragment tego wydania programu. Niestety,  materiał nie przyniósł oczekiwanego skutku.

Do dziś nie wiemy, kim był jegomość w czarnej czapce, który rozmawiał z Adamem Halaczkiem na dworcu autobusowym. W czyim towarzystwie denat znalazł się później? W jakich okolicznościach (i czy dobrowolnie) konsumował napój alkoholowy? Wszakże pół litra na dwóch to – jak mówi ludowa mądrość – nic, taka ilość nie mogła spowodować stężenia alkoholu w wysokości 3.4 promila nawet u mężczyzny, którego stosunek do alkoholu jest bardzo umiarkowany.

Być może sprawca był wcześniej znany denatowi. Przemawiałby za tym fakt, że mimo zadania ciężkich obrażeń głowy, sprawca (lub sprawcy) wrzucili żyjącego jeszcze Halaczka do rzeki. Może to świadczyć o tym, że bardzo zależało mu na śmierci ofiary, a nie tylko jej unieszkodliwieniu. Policja przyjęła, że zbrodnia miała rabunkowy charakter. Przy zwłokach nie znaleziono bowiem portfela, teczki – dyplomatki oraz zegarka marki Atlantic. Zaginął również dowód osobisty (książeczkowy) na nazwisko denata.

Adam Halaczek był spokojnym, nie wadzącym nikomu człowiekiem. Ufali mu przełożeni, lubili koledzy, szanowali uczniowie. W miejscu zamieszkania cieszył się świetną opinią. Nie miał związków z tzw. marginesem przestępczym. Być może opinia ta zabrzmiała nieco patetycznie, ale miliony ludzi, podobnych Adamowi Halaczkowi, każdego dnia wychodzi z domu do pracy. Bez żadnej gwarancji powrotu.

Karalność zabójstwa Adama Halaczka ulegnie przedawnieniu 16 października 2038 r.

Sprawa Prokuratury Rejonowej w Będzinie, sygn. akt 1Ds 1355/98.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również: