Mówię wam, przyjaciele moi, nie bójcie się tych, co zabijają ciało,
i nic więcej uczynić nie mogą. Ja wam pokażę, kogo macie się bać.
(Łk 12, 4-5, tłum. Biblia Poznańska)

Na początku lipca około pół do czwartej nad ranem zaczyna się robić widno. Przyjemny chłód pobudza tych spośród nas, którzy swój dzień zaczynają właśnie o tej porze. Jednym z nich był pewien mieszkaniec wsi Huta Komorowska, powiatu kolbuszowskiego, który o brzasku 5 lipca 2002 r. jechał przez okoliczny las. Nie było w tym nic dziwnego, rzeczony dżentelmen był bowiem leśniczym i podobną trasę pokonywał każdego dnia. Ten poranek leśnik zapamięta jednak zapewne na długo. Na jednym z duktów, nieopodal Huty Komorowskiej, kilkanaście metrów od asfaltowej szosy, zauważył bowiem płonący samochód. Określenie „płonący” jest być może niego przesadzone, gdyż pojazd dogasał. Zostały z niego właściwie tylko felgi, całe nadwozie było spustoszone przez „czerwonego kura”. O swoim znalezisku gajowy natychmiast powiadomił policję.

Funkcjonariusze w bazie komputerowej sprawdzili, że spalony volkswagen polo należał do huckiego proboszcza. Podjęto więc próbę skontaktowania się z kapłanem, jednak telefon na plebani nie odpowiadał. Policjanci zadzwonili więc do proboszcza w pobliskim Majdanie Królewskim. Dziekan nie wiedział nic o tej sprawie, poprosił funkcjonariuszy aby zabrali go ze sobą i po kilkunastu minutach pojawili się w Hucie Komorowskiej. Drzwi były zamknięte, a na pukanie nikt nie odpowiadał. Proboszcz zostawił jednak, na wszelki wypadek, dodatkowy komplet kluczy u sąsiadów. Użyczono więc pęk i komisyjnie otwarto drzwi plebanii. W budynku panował duży nieład, nikt nie miał wątpliwości, że doszło do przestępstwa. Dziekan miał jednak nadzieję, że ksiądz Sobczyński przeżył atak i oczekuje na pomoc. Niestety. Ciało duchownego znaleziono na podłodze w kuchni. Nie żył od kilku godzin.

Ksiądz Paweł Sobczyński urodził się 9 maja 1937 r. w Kolbuszowej, w ówczesnym województwie lwowskim. Pochodził ze skromnie sytuowanej rodziny. Nie było to ewenementem, gdyż podówczas tamtejsze tereny nie należały do zasobnych. Miała to zmienić budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, jednak plany zostały pokrzyżowane wybuchem II wojny światowej. Po wojnie pracował, jednocześnie zdobywając wieczorowo średnie wykształcenie. Maturę zdał w kolbuszowskim liceum w 1961 r., a następnie skierował się do przemyskiego seminarium duchownego (Kolbuszowa należała wówczas do diecezji przemyskiej). W 1967 r. tamtejszy ordynariusz – bp Bronisław Taborski wyświęcił Pawła Sobczyńskiego na prezbitera. Pracował na wielu placówkach duszpasterskich, aż w 1991 r. został mianowany proboszczem nowopowstałej parafii św. Rodziny w Hucie Komorowskiej. Wśród parafian cieszył się dobrą opinią. Postrzegano go jako gorliwego duszpasterza, również od strony administracyjnej odnosił sukcesy. Zadbał też o wyposażenie huckiego kościoła. Mimo, że miał już swoje lata, potrafił znaleźć wspólny język również z dziećmi i miejscową młodzieżą.

4 lipca 2002 r. przypadał w czwartek. Tego dnia ks. Sobczyński spodziewał się wieczorem wizyty trzech księży z sąsiednich parafii. Poza tym był to – pozwolą PT Czytelnicy, że zacytuję tu fragment piosenki z serialu (nomen omen)  „Plebania” – dzień jak co dzień. O 19 ksiądz odprawił ostatnią w swoim życiu mszę. Po nabożeństwie wrócił na plebanię, gdzie odwiedził go jeszcze wikary ze Skołyszyna. Kilkanaście minut później na plebanii pojawił się również organista, który poprosił proboszcza o udzielenie mu następnego dnia wolnego. Duchowny wprawdzie kręcił nosem na tą propozycję, jednak ostatecznie dał wolne. Około 20 z plebani wyszedł również skołyszyński wikariusz, zabierając ze sobą komputer, który obiecał naprawić. Chwilę potem ks. Paweł pojechał na stację benzynową lub do sklepu w pobliskim Majdanie Królewskim. Po kilkunastu minutach wrócił na plebanię, uprzednio wstawiwszy volkswagena do garażu. Około 21 odebrał telefon od znającego się na komputerach wikarego. Była to ostatnia rozmowa telefoniczna w życiu księdza Pawła, a zarazem ostatni etap jego życia, który udało się zrekonstruować policjantom.

Funkcjonariusze rzeszowskiej Komendy Wojewódzkiej Policji, najpierw pod nadzorem kolbuszowskiego Prokuratury Rejonowej, a potem Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, przeprowadzili odpowiednie czynności śledcze. Wojewódzki komendant powołał w tym celu specjalną grupę policjantów, którzy koordynowali działania w tej sprawie. Dzięki ich pracy udało się ujawnić świadków, którzy feralnej nocy ok. 23 widzieli  na terenie wsi białego volkswagena passata, w którym siedziało dwóch pasażerów. Inny świadek widział, że taki sam samochód wraz z trzema pasażerami, ok. 23:10 podjechał pod hucki kościół. Między 23 a 1 na plebanii świeciło się światło. Potem, jak twierdził portier z pobliskiego przedsiębiorstwa obróbki drzewa, zostało zapalone ok. 2 w nocy. Przesłuchano uczestników grilla, który odbywał się obok remizy miejscowego OSP, jednak ich zeznania nie wniosły nic istotnego do postępowania.

Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną zgonu duchownego było uduszenie. Przed śmiercią został pobity, a następnie związany w dość charakterystyczny sposób: ręce związane do tyłu, nogi na krzyż. W ten sposób ksiądz nie miał szans na ucieczkę czy wezwanie pomocy. Zgon nastąpił najprawdopodobniej około godziny 2 nad ranem, 5 lipca 2002 r.

Podczas oględzin stwierdzono, że drzwi, prowadzące do tej części domu, w której mieszkał proboszcz, były otwarte, a mieszkanie wyglądało tak, jak gdyby pleban na kogoś czekał. Ustalono jednak, że  żaden z księży, których wizyty spodziewał się ks. Paweł Sobczyński, ostatecznie nie dotarł na umówione spotkanie.

Mimo, że plebania była drastycznie splądrowana, w zasadzie niczego nie skradziono. Podobno książki, zgromadzone przez ks. Sobczyńskiego wyglądały tak, jakby ktoś przeglądał każdą z nich, szukając czegoś ukrytego między stronami. Przed wyjściem z plebanii sprawcy rozsypali sól i pieprz oraz rozlali detergenty w celu zatarcia śladów osmologicznych.

W toku czynności operacyjnych przyjęto rabunkowy motyw zbrodni. Pojawiły się sugestie, że ze zbrodnią na plebanii mają związek młodzi przestępcy, pochodzący z Rzeszowa i Mielca. Podejrzewano również miejscową grupę przestępczą, zwaną „Majdaniarzami”, którzy dokonywali rabunkowych napadów na domy w północnej części województwa podkarpackiego.

Sprawcy dostali się na plebanię najprawdopodobniej przez okno w piwnicy. Skrępowali księdza, a następnie dokonali drobiazgowej penetracji budynku. Wyszli głównymi drzwiami, zamykając je na klucz. Z zamkniętego garażu wyprowadzili samochód księdza oraz zabrali kanister z benzyną, przeznaczoną do kosiarki. Odjechali w kierunku na Baranów Sandomierski, gdzie spalili samochód.

Czego szukali zabójcy? Czy znaleźli? Dlaczego sprawcy zabrali samochód księdza? Dlaczego spalili go kilka kilometrów  dalej? Czy zabrali samochód właśnie po to, aby go spalić dla zatarcia śladów? Jakie to były ślady? Pytania mnożą się, lecz odpowiedzi na razie brak. Postępowanie w sprawie zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców przestępstwa, których – wedle policyjnej hipotezy – było czterech. W maju 2004 r. przygotowano inscenizację tych wydarzeń, którą zaprezentowano 31 maja 2004 r. w telewizyjnym magazynie „997”. Niestety, morderców nie odnaleziono do dziś.

Przedawnienie nastąpi dopiero 5 lipca 2042 r.

Sprawa 2Ds 2052/02 Prokuratury Rejonowej w Kolbuszowej, a następnie V Ds 26/02 Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również: