fot. Paula Cybulska

Kilka dni temu miałem przyjemność tłumaczenia pewnej mojej młodszej wiekiem koleżance, czym jest wiktymologia. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że jest to nauka o ofierze czynu zabronionego. Porównując patogenezę i przebieg tysięcy przestępstw uczeni potrafią wskazać grupy społeczne, które są bardziej narażone na niebezpieczeństwo poszkodowania czynem przestępnym. Gdy myślimy o takich środowiskach, bez wątpienia przychodzą nam na myśl kierowcy tirów (chociaż, na szczęście, jest już lepiej niż kilka czy kilkanaście lat temu), konwojenci bankowi, samotnie mieszkający emeryci etc. Niestety, praktyka dnia codziennego nie pozostawia złudzeń, że wśród zagrożonych są też młodzi ludzie, najczęściej płci pięknej.

Z tych względów dzisiejsze wydanie mojego bloga będzie nieco nietypowe. Zazwyczaj miałem przyjemność przedstawiać Państwu po jednej sprawie, ewentualnie kilka czynów pozostających ze sobą w łączności podmiotowej, jak np. materiał o seryjnym zabójcy praskich taksówkarz, który ukazał się w lipcu ub. roku. Dzisiaj sprawy będą połączone przedmiotowo, a kryterium ich doboru będzie stanowił fakt, że ofiarą jest młoda osoba, która dość niefrasobliwie znalazła się w złym miejscu o złej godzinie. Świadectwo tych 16 osób, mimo że nie żyją, jest porażające.

***

Był festyn spadających gwiazd
Był zatrzymany dziwnie czas
I ogień był i pierwsze łzy
Istniałaś dla mnie tylko Ty

Letnie miesiące są idealnym momentem na nadrobienie zaległości towarzyskich. Nie trzeba mitrężyć czasu nad podręcznikiem czy na sali lekcyjnej, ucząc się mniej lub bardziej (częściej tych pierwszych) przydatnych do życia wiadomości. Odpada konieczność wstawania razem z kurem, wieczorami długo jest jasno, a i pogoda czasami dopisuje. Wszystkie te okoliczności powodują, że stosunki międzyludzkie kwitną. Czasami warto jednak zachować powściągliwość w nawiązywaniu przygodnych znajomości.

Historię 16-letniej Aniki, mieszkanki Łodzi, przypomniałem w sierpniu ub.r. Nastolatka miała dość zdystansowany stosunek do nauki i wymagań, stawianych jej przez rodziców. Swój czas wolny (co w jej przypadku oznaczało prawie cały czas) spędzała w towarzystwie podobnych do siebie „niebieskich ptaków”. 29 sierpnia 1989 r. również oddawała się temu zajęciu. Około południa była widziana na „Górniaku” – słynnym łódzkim bazarze, gdzie wraz ze swoimi znajomymi handlowała piwem. Następnie wzięła udział w kilku libacjach: na szkolnym boisku przy ul. Tuszyńskiej, we własnym mieszkaniu a także w centrum Łodzi – przy ul. Przybyszewskiego. Około godz. 1 w nocy Anika postanowiła wracać do domu, na przystanek tramwajowy odprowadził ją kolega. Na przystanku dziewczyna zaczęła rozmowę z jakimś nieznanym mężczyzną.  Zwłoki Aniki w jednym z łódzkich parków odnalazł rankiem, 30 sierpnia 1989 r. mężczyzna zbierający puste puszki. Sekcja zwłok wykazała, że przed śmiercią dziewczyna została pobita, a także odbyła stosunek płciowy. Przyczyną zgonu było uduszenie. O popełnienie tej zbrodni został oskarżony słynny „Wampir z Bytowa”, jednak wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Słupsku z dnia 9 grudnia 1996 r. (sygn. akt II K 161/95) został uniewinniony od tego zarzutu.

(sprawa Prokuratury Rejonowej Łódź – Widzew w Łodzi, sygn. akt Ds 2223/89)

Justyna Pultyn pobierała nauki w szkole zawodowej w Grudziądzu, dużym mieście na Pomorzu. Swój dom rodzinny miała jednak w pobliskiej wsi Świerkocin. W krytycznym czasie miała 16 lat. Pod koniec ubiegłego wieku dużą popularnością cieszyły się cykliczne koncerty, organizowane przez rozgłośnię RMF pod hasłem „Inwazja mocy”. Taka inwazja miała miejsce również w Grudziądzu. Było to we wtorek, 13 lipca 1999 r. Było tam wielu młodych grudziądzan, w tym również Justyna. Bawiła się z chłopakiem i znajomymi, jednak na godzinę zniknęła. Około północy wraz ze swoim chłopakiem wyszła ze stadionu, na którym odbywał się koncert. Kawaler odprowadził ją kilkaset metrów, a w dalszą drogę Pultynówna ruszyła sama. Kilka minut później była widziana w zupełnie innym miejscu, nie prowadzącym do jej rodzinnego Świerkocina. W swojej rodzinnej wsi była widziana ok. 22 kolejnego dnia, 14 lipca 1999 r. Świadkowie widzieli ją w towarzystwie nieznanego im mężczyzny, ubranego w kurtkę koloru siwego. Justyna nie wróciła jednak na noc do domu. Kolejnego dnia, 15 lipca 1999 r. jeden z mieszkańców Świerkocina jechał rowerem na popołudniową zmianę w jednym z grudziądzkich zakładów pracy. W przydrożnym rowie zauważył wystający but. Przystanął, podszedł bliżej.. Natychmiast wezwana Policja ujawniła w tym miejscu zwłoki młodej dziewczyny, pozbawionej spodni. Justyna Pultyn została zamordowana na tle seksualnym, a jej morderca do dziś nie został ujawniony.

(sprawa Prokuratury Rejonowej w Grudziądzu, sygn. akt Ds. 2301/99)

Patrycja Przygodzińska była nieco starsza, liczyła bowiem 19 wiosen. Właśnie zdała maturę, a od października miała rozpocząć studia w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Pod koniec sierpnia 1999 r. wyjechała ze stolicy nad morze – w Gdańsku bowiem odbywał się obóz adaptacyjny dla nowych studentów tej uczelni. Patrycja była osobą niesłychanie towarzyską, łatwo nawiązywała kontakty. 25 sierpnia 1999 r. przypadał w środę. Tego dnia Patrycja brała udział w zajęciach, a wieczorem planowała imprezowe szaleństwo. Wraz z koleżankami udała się do jednej z trójmiejskich dyskotek, której nazwę żywcem zaczerpnięto ze spuścizny jednego z polskich wieszczy. Knajpa nazywała się bowiem „Balladyna”, a mieściła się w Nowym Porcie. Dziewczyny zjawiły się tam ok. 21 i zabawiły aż do północy, kiedy to postanowiły zmienić lokal na pobliską „Californię”. Tam koleżanki straciły Patrycję z oczu. W późniejszym śledztwie ustalono, że ok. 2:30 udała się wraz z ustalonym mężczyzną do bankomatu we Wrzeszczu. To ostatnie miejsce, gdzie Patrycję widziano żywą. Jej zwłoki odnalazł przygodny wędkarz następnego dnia rano w okolicach wsi Leźno. Gwałciciel i zabójca towarzyskiej 19-latki do dziś nie został ustalony.

(sprawa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, sygn. akt V Ds 99/01)

Jasień to niewielka wieś, położona w powiecie kluczborskim na Opolszczyźnie. W jednym z domów mieszkała Samanta Pędziwiatr. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Samanta była cichą i nieśmiałą dziewczyną, jednak z nieznanych względów od kilku tygodni zmieniła się. Zaczęła dużą wagę przywiązywać do swojego wyglądu, stała się tajemnicza. Na tym tle wybuchła pomiędzy 16-latką a jej matka scysja. Było to w sobotni wieczór, 11 czerwca 2011 r. Po sprzeczce Samanta wybiegła z domu, chciała się spotkać ze swoją koleżanką, ta jednak już spała. Kilkanaście minut później była widziana w okolicach jasieńskiego lasu. Zwłoki Samanty odnaleźli w poniedziałek, 13 czerwca 2011 r. robotnicy leśni w okolicach wsi Popielów. Przyczyną zgonu było wykrwawienie, spowodowane poderżnięciem gardła.

(sprawa Prokuratury Rejonowej w Brzegu, sygn. akt 1Ds 350/11)

Dwudziestoletnia Kasia Kobiela była mieszkanką Sieradza, niewielkiego, ongiś wojewódzkiego miasta nieopodal Łodzi. 21 czerwca 2011 r. przypadał we wtorek. Tego dnia Kasia wyszła ze swojego domu, znajdującego się przy ul. Bohaterów Września ok. 10:00. Rodzicom zostawiła kartkę, że udaje się do koleżanki, zamieszkałej w pobliskiej Zduńskiej Woli. Spotkanej kilka minut później koleżance powiedziała, że idzie na drobne zakupy do pobliskiej „Żabki”. Sama jednak znalazła się na sieradzkim dworcu kolejowym, skąd pociągiem TLK pojechała do Wrocławia. Po południu rozmawiała telefonicznie z bratem twierdząc, że jest w Zduńskiej Woli, jednak analiza danych z sieci telefonii komórkowej nie pozostawia złudzeń, że Kasia skłamała – jej telefon znajdował się wówczas we Wrocławiu. Co dziwne, kolejnego dnia Kasia przyjechała do Sieradza.  Monitorująca działkę sąsiada kamera nagrała dziewczynę ok. godziny 10:30. Zabawiła w swoim mieszkaniu około dwóch godzin i przed 13-tą znów wyszła z domu, kierując się w stronę miejscowego skateparku. Ślad urwał się na kilka miesięcy. Policja oraz rodzina poszukiwali dziewczyny przez kilka miesięcy, bezskutecznie. 27 listopada 2011 r. jej zwłoki znaleziono w lesie we wsi Pasikurowice nieopodal Wrocławia. W toku śledztwa ustalono, że do zgonu doszło trzy miesiące wcześniej, jednak nie udało się jednoznacznie ustalić przyczyny śmierci.

(sprawa Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu, sygn. akt V Ds 116/11)

***

Wszystkie te historie pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jednak ogniwem, który spaja je w jedno jest fakt, że każda z ofiar przed śmiercią nawiązała jakąś przygodną znajomość. Być może ta znajomość kosztowała ją życie.

Ciąg dalszy nastąpi.

Za udostępnienie zdjęcia Autor wyraża serdeczne podziękowanie Pani Dorocie Majewicz. Jego autorem jest Pani Paula Cybulska.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również: