1 dzień czerwca tradycyjnie obchodzony jest jako Dzień Dziecka. Tego dnia wobec najmłodszych (ale nie tylko) kierowane są życzenia i drobne prezenty. Jest do doskonała okazja na wspólny wypad na lody czy do parku, odwiedziny babci i tym podobne przyjemności pożycia rodzinnego. Zazwyczaj pogoda zachęca do tego, żeby wyjść na świeże powietrze, na dwór, czy – jak się mówi w innych regionach Polski – na pole. Niegdyś, gdy nikt jeszcze nie słyszał o facebooku, a internet mylił się często z eternitem na dachu, w taki właśnie sposób wielu z czytających te słowa (wraz z niżej podpisanym) spędzało czas wolny od odrabiania lekcji.

Tacy byli też dwaj nastoletni mieszkańcy nieistniejącej już wsi Krzystkowice*, położonej w dawnym województwie zielonogórskim. 1 czerwca 1986 r. przypadał w niedzielę. Dwaj jedenastoletni mieszkańcy wspomnianej wsi udali się nad rzekę Bóbr, aby tam zażywać świeżego powietrza. Dzień wydawał się dość radosny, jednak w pewnej chwili stało się coś, co spowodowało, że pamiętają go pewnie do dziś. W nurcie rzeki spostrzegli bowiem dość dużą paczkę, która po chwili utknęła na przybrzeżnej mieliźnie. Zaciekawieni młodzieńcy podeszli bliżej, towarzyszył im bowiem zamiar skontrolowania zawartości pakunku. Młokosi nie zdecydowali się jednak na zrealizowanie swojego planu, gdyż tobołek wydzielał dość nieprzyjemny zapach, mówiąc kolokwialnie strasznie śmierdział. Znalezisko nieco zbiło z tropu krzystkowickich wyrostków, jednak jeden z nich zawiadomił o tym fakcie ojca, a ten przekazał informację dzielnicowemu. Funkcjonariusz udał się na wskazane miejsce i stosunkowo łatwo wydobył paczkę na brzeg. Okazało się, że są to dwa jutowe worki, nałożone na siebie. Po ich zsunięciu ukazał się makabryczny widok – w worku znajdowały się zwłoki mężczyzny w daleko posuniętym stanie rozkładu. Na pobrzeżu natychmiast zaroiło się od funkcjonariuszy Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Zielonej Górze.

W toku oględzin ustalono, że w dwóch jutowych workach zawinięte były zwłoki mężczyzny. Denat ubrany był w bryczesy oraz tzw. olimpijkę z pagonami**. Na głowie dodatkowo założony był ręcznie użyty woreczek, służący pierwotnie do przechowywania roślin strączkowych. Mimo, że przy zwłokach nie ujawniono żadnych dokumentów, dość szybko udało się ustalić, że zmarłym był siedemdziesięcioczteroletni mieszkaniec wsi Biedrzychowice Dolne, Stanisław Chabraszewski.

Denat mieszkał wraz z żoną, prowadził niewielkie gospodarstwo rolne. Otrzymywał też wysoką emeryturę z racji zaliczenia go do kategorii kombatantów. W jednej z sąsiednich wsi mieszkała jego córka, natomiast syn państwa Chabraszewskich, zakonnik zmartwychwstaniec, mieszkał na stałe w Australii, gdzie jako pracował na misjach. Fama głosiła, że często wspomagał swoich rodziców paczkami i przekazami dolarowymi.

Chabraszewski nie był człowiekiem łatwym w obejściu, trudny charakter miała również jego ślubna połowica, więc ich pożycie nie należało do najłatwiejszych. W domu często wybuchały awantury. Ich podłożem był nadmierny pociąg pana Stanisława do alkoholu, a także jego pociąg do młodych kobiet. Emeryt często wyjeżdżał na pobyty lecznicze do sanatoriów, przechwalając się potem romansem z jedną z tamtejszych pielęgniarek. Wątpiącym w te podboje jurny siedemdziesięcioczterolatek pokazywał duże zdjęcie rzeczonej pielęgniarki z dedykacją, a także pocztówki, zawierające zaproszenie do przyjazdu. Emeryt był w najbliższych okolicach znany jako „Stasiu Kombatant” z uwagi na dość niepospolity styl ubierania się. Na co dzień bowiem zmarły nosił się po wojskowemu: w bryczesach, oficerkach i kurtce mundurowej, do której zimą zakładał charakterystyczny wojskowy płaszcz. Ta oryginalna stylizacja, połączona z częstym wspominaniem militarnych sukcesów spowodowała, że przylgnął doń taki – dość sympatyczny – pseudonim. Typowo ułańska fantazja towarzyszyła Stasiowi również w relacjach międzyludzkich, pielęgnował bowiem liczne znajomości z płcią piękną, a zwłaszcza jej przedstawicielkami zamieszkałymi w okolicznych miejscowościach. Takie zachowanie nie mogło spotkać się z aprobatą dość kostycznej małżonki Chabraszewskiego. Nierzadko zawała ona upust swoim emocjom, a wówczas emeryt wsiadał na rower i odjeżdzał, wracając do domu po kilku dniach. Mimo starań milicji nie dało się ustalić, gdzie i w czyim towarzystwie przebywał w takich razach Stasiu Kombatant. Jest bardzo prawdopodobne, że to wyjaśnienie pozwoliłoby na ustalenie sprawców śmierci siedemdziesięcioczterolatka.

Jak już wspominałem, Chabraszewska miała za złe swemu mężowi niektóre jego zachowania i z tego powodu często dochodziło między nimi do niesnasków. Kolejna porcja hejtów została skierowana wobec Stanisława w niedzielę, 20 kwietnia 1986 r. Chabraszewska zakończyła swoje lamenty około 15-tej. Małżonek przebywał jeszcze chwilę w swoim pokoju, a następnie wyszedł, zamykając go na klucz. Nie mówiąc ani słowa wsiadł na czarny rower i odjechał. Żona zdążyła tylko zauważyć, że miał ze sobą teczkę – dyplomatkę. Późniejsze czynności operacyjne pozwoliły na ustalenie, że Stanisław Chabraszewski ubrany był jak zwykle w bryczesy, oficerki, wojskową kurtkę, płaszcz na podpince z czarnego misia oraz szarą czapkę z daszkiem. Na ręce miał zegarek z bransoletką z białego metalu. Zabrał ze sobą dokumenty osobiste, radziecką maszynkę do golenia marki „Mikma”, zmianę bielizny oraz różaniec.

Minęł popołudnie, dzień, tydzień.. a Stanisław nadal nie wracał do domu. Żona z córką doszły zgodnie do wniosku, że wcielił on zapewne w życie swój plan i wyprowadził się do którejś ze znanych sobie kobiet. Ta konstatacja spowodowała, że nie zawiadomiły o zaginięciu milicji.

W szóstą niedzielę po zaginięciu wyjaśnił się częściowo los Stanisława Chabraszewskiego. Przeprowadzona sekcja zwłok nie pozostawiała wątpliwości, że śmierć miała charakter gwałtowny i brały w niej udział osoby trzecie. Biegły anatomopatolog ustalił, że przyczyną zgonu były obrażenia mózgu, spowodowane nie mniej niż dwoma uderzeniami w głowę. Biegły stwierdził też, że uderzenia nie musiały być zadawane z dużą siłą, gdyż denat miał dość cienkie (ok. 3 mm grubości) kości czaszki. Stan zwłok pozwalał na przyjęcie, że przebywały w wodzie około 6 tygodni.

W toku czynności śledczych ustalono, że ok. 20 kwietnia Stanisław Chabraszewski był widziany na terenie wsi Krzystkowice. Wchodził wówczas do jakiegoś domu. Rzekomo był wówczas widziany na terenie tej miejscowości w towarzystwie ok. 30-letniego mężczyzny, jednak nie udało się ustalić ani jego personaliów, ani bliższych danych o domostwie, odwiedzonym przez Kombatanta. Milicjanci poszukiwali również świadków, którzy w trzeciej dekadzie kwietnia 1986 r. widzieli nad brzegiem rzeki Bóbr, na odcinku Gorzupia – Krzystkowice, samochód lub wóz konny, z którego wyrzucano coś do rzeki. Bezskutecznie.

Funkcjonariusze nie zlekceważyli również wątku damsko-męskiego. Udało się ustalić personalia pielęgniarki, której fotografią dysponował denat. Okazało się jednak, że na jego usilne prośby podarowała mu zdjęcie legitymacyjne. Kto powiększył tą fotografię, dopisał dedykację oraz wysłał w jej imieniu kilka pocztówek – tego nie ustalono.

Na podstawie całości ustaleń, dokonanych przez funkcjonariuszy zielonogórskiego RUSW ustalono, że 20 kwietnia 1986 r. Stanisław Chabraszewski wsiadł na rower i pojechał – jak zwykle w takich razach – do jakiegoś swojego znajomego w Krzystkowicach. Tam brał udział w spotkaniu towarzyskim, połączonym z konsumpcją alkoholu. Podczas biesiady doszło do jakiejś sprzeczki, w trakcie której Chabraszewski został pobity narzędziem tępokrawędziastym (kij, wałek, laska, sztacheta z płotu itp.), wskutek czego wyzionął ducha. Sprawca zapakował zwłoki z jutowe, obciążone kamieniami worki i – być może pod osłoną nocy – wywiózł nad rzekę, gdzie pozbył się ciała.

Powyższa wersja jest o tyle prawdopodobna, gdy weźmie się pod uwagę domniemane narzędzie zbrodni oraz stosunkowo nierozległe obrażenia, a także materiały, w które zapakowane były zwłoki. Wszakże narzędzia tępokrawędziaste często są w zasięgu ręki, a jutowy worek czy woreczek na groch nie są niecodziennością w gospodarstwie rolnym.

Kto i dlaczego tego dokonał? Czy śmierć Stanisława Chabraszewskiego była zabójstwem, czy raczej zginął wskutek nieszczęśliwego w skutkach pobicia? Co było motorem takiego zachowania wobec emeryta? Odpowiedzi na te – oraz wiele innych – pytań poszukuje lubuska Policja. Na postawienie sprawcy zarzutu zostało już tylko kilkanaście miesięcy. Czy uda się osądzić winnego śmierci tej barwnej postaci?

Postanowieniem z dnia 27 lutego 1987 r. śledztwo w tej sprawie zostało umorzone.

Sprawa Prokuratury Rejonowej w Zielonej Górze, sygn. akt 2Ds 989/86.

* Od 1 stycznia 1988 r. wieś Krzystkowice tworzy miasto Nowogród Bobrzański (powiatu zielonogórskiego).
** Rodzaj powszechnej wówczas kurtki fasowanej przez funkcjonariuszy MO

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również: