Portrety pamięciowe pochodzą z książki T. Gosk, A. Tyszkowska "Sto nie wykrytych zbrodni. 997", Wrocław, 1993 r.

Chojnice to 40-tysięczne miasto, położone w Pomorskiem. Życie toczy się tutaj jednostajnym rytmem a popełniane tam przestepstwa określa się mianem przeciętynych. Inaczej stało się jednak pewnego październikowego popołudnia 1985 r. Sprawy tej okrutnej zbrodni Policja nie ustaliła do dziś.

Janina Kowalczyk urodziła się w 1911 r. Właściwie całe życie przepracowała w tamtejszym PGRze. Mieszkała w kawalerce, położonej na pierwszym piętrze budynku przy ul. Świerczewskiego 33 w Chojcicach. Dziś mało kto wie, czym były pegeery, a patron ulicy – generał, który według komunistycznej propagandy „kulom się nie kłaniał”, ustąpił miejsca marszałkowi Piłsudskiemu. Kamienica pod numerem 33 trwa nadal na swoim miejscu, a na parterze – jak przed trzydziestu laty – działa sklep spożywczy. Niegdyś egzystowała tu również pralnia.

Pani Kowalczyk była emerytką. Mieszkała samotnie, jednak często odwiedzał ją mieszkający również w Chojnicach syn oraz kilkuletnia wnuczka. Starsza pani często zajmowała się małą, odciążając w ten sposób swoich najbliższych. Nie ukrywała jednak, że kontakty te były dla niej wielką radością. Siedemdziesięcioczterolatka była osobą niezwykle uczynną i pogodną, często pomagała sąsiadom i dla każdego starała się znaleźć dobre słowo. Miała przy tym nieco atawistyczną słabość, jaką był rytuał przeglądania zawartości okolicznych pojemników na śmieci. Mimo, że emerytura pani Janiny nie była wysoka, to jednak jej status materialny nie zmuszał ją do takiego zajęcia. Jednakowoż, jak śpiewały niegdyś „Fasolki” – każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma.

Feralnym dniem była sobota, 19 października 1985 r. W piątkowy wieczór panią Kowalczyk odwiedził jej syn, wizyta na tyle się przeciągnęła, że postanowił nie wracać już do swojego mieszkania i zanocował w kawalerce matki. Rano pożegnał staruszkę i wrócił do siebie. Janina Kowalczyk nie została jednak na długo sama, gdyż już około 11 syn ponownie pojawił się na ul. Świerczewskiego, „podrzucając” córkę. Emerytka bardzo ucieszyła się z tych odwiedzin, przygotowała obiad, na który zaprosiła również jedną ze swoich sąsiadek. Po posiłku wyprowadziła dziewczynkę na spacer. Świadkiem tego był jeden z chojnickich milicjantów, który widział je przy restauracji o wdzięcznej nazwie „Rybna”. Kilka minut później dołączył do nich syn pani Kowalczyk, który zabrał córkę i udał się do swojego domu. Janina Kowalczyk postanowiła wykorzystać czas wolny na swoje hobby. Milicja dotarła do świadków, którzy widzieli seniorkę, zaabsorbowaną lustrowaniem śmietników. Dopełniła tego ceremoniału około 15, a następnie udała się do swojego mieszkania przy ul. Świerczewskiego. Tam ok. 15:30 była widziana przez kilkuletniego syna sąsiadów. Ośmiolatek jest ostatnią ustaloną osobą, która widziała emerytkę żywą.

Mija kilka godzin. Do drzwi mieszkania Janiny Kowalczyk puka jedna z sąsiadek. Zdumiona odkrywa splądrowane mieszkanie oraz zwłoki jego lokatorki. Na miejscu zbrodni od razu pojawiła się ekipa z miejskiej komendy milicji oraz prokurator. Oględziny kawalerki a także badania anatomopatologiczne ujawniły, że na drzwiach mieszkania nie stwierdzono śladów włamania, co pozwala przyjąć, że morderca był znany, przynajmniej z widzenia, pani Kowalczyk. Wszakże sama otworzyła mu drzwi. Gość nie przyszedł jednak z pokojowymi zamiarami, gdyż od razu przystąpił do brutalnego „dzieła” i udusił starowinę. Z mieszkania skradziono radziecki budzik marki „Jantar”, zegarek marki „Łucznik”, kuchenkę elektryczną oraz … grzałkę 750 W. Dla tak lichego łupu ktoś nie zawahał się pozbawić życia życzliwej kobiety.

Chojnicka milicja stanęła przed problemem ustalenia sprawcy tej zbrodni. Przyjęto hipotezę, że do zdarzenia doszło ok. 15:30, niebawem po powrocie Janiny Kowalczyk do domu. W tym samym bowiem czasie na terenie posesji nr 33 zauważono dwóch nieznanych mężczyzn, których portrety pamięciowe zamieszczamy.

Pierwszy z nich (na zdjęciu po lewej) został zauważony dwukrotnie przez grającego w piłkę chłopca. Nieznajomy mężczyzna najpierw wyglądał przez okno na pierwszym piętrze budynku, a następnie opuścił go wyjściem na ulicę Mestwina. Osobnik ten był wówczas szatynem, liczył ok. 175 cm wzrostu, wiek ok. 25 lat. Twarz blada, brzydka, bliznowata. ubrany był w brązową marynarkę, pod którą włożył czarny golf. Całości dopełniły spodnie typu blue jeansoraz niezwykle charakterystyczna czapka z daszkiem, wykonana na drutach.

Chojniccy milicjanci w toku czynności operacyjnych ustalili też drugiego świadka, który kilka minut przed wpół do czwartej widział wchodzącego do tej kamienicy starszego dżentelmena. Jego wiek określono bowiem na 50-55 lat. Twarz owalna, cera śniada, włosy koloru jasny blond z łysiną. Jegomość ten miał zdeformowany nos, co uwidoczniono na portrecie pamięciowym. Stylizacja drugiego z mężczyzn jest dość „szara”, gdyż składała się na nią popielata kurtka i niebieskie spodnie z materiału typu drelich.

Śledztwo w tej sprawie zostało postanowieniem z dnia 27 grudnia 1986 r. umorzone wobec niewykrycia sprawcy przestępstwa.

Karalność opisanej zbrodni ustanie w październiku 2015 r. Czy sprawcę tej zbrodni uda się postawić przed wymiarem sprawiedliwości? Czy ten mężczyzna jeszcze żyje? Mam nadzieję, że poznamy odpowiedzi na te pytania.

Sprawa Prokuratury Rejonowej w Chojnicach 1Ds 650/85.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również: