Kilka miesięcy temu, na niniejszym blogu, na kanwie jednej ze spraw, rozważałem wpływ napoju alkoholowego na wystąpienie przestępstwa. Dzisiejsza historia jest kolejną sprawą, w którą „zamieszany” jest alkohol. Niestety, skutek jest równie tragiczny. 
Przed 27 laty początek maja nie kojarzył się nikomu z tzw. długim weekendem. Święto awangardy społeczeństwa, jaką rzekomo w słusznie minionym ustroju miała być klasa robotnicza, wypadało w niedzielę. Ulice i place wielu polskich miast pokryły się tłumami ludzi i transparentami, wyrażającymi w bardziej lub mniej zaowalowany sposób brednie komunistycznej nowomowy. Przebrzmiały przemówienia partyjnych kacyków, od poniedziałku rozpoczął się kolejny tydzień pracy. Niestety, dla naszego bohatera okazał się być ostatnim…
Kazimierz Marszała. Lat 34. Żonaty, jedno dziecko w wieku 10 miesięcy. Gdańszczanin. Zatrudniony w sopockiej spółdzielni „Szkło”. Spokojny, sympatyczny facet. W pracy cieszył się bardzo dobrą opinią.  Maj 1988 r. był dla niego szczególnie radosny, gdyż otrzymał paszport, dzięki któremu mógł udać się do pracy do Berlina Zachodniego, gdzie mieszkał jego brat. Młodszym PT. Czytelnikom winien jestem wyjaśnienie. W zamierzchłych już na szczęście latach propagandy sukcesu paszport był wydawany przez milicję w przypływie dobrego humoru. Szczęśliwiec po powrocie z zagranicznych wojaży musiał jednak niezwłocznie zwrócić dokument właściwemu organowi. Ze zrozumiałych zatem względów Pan Kazik wpadł w euforię. Euforię tą, na swoje – jak się niebawem przekonamy – nieszczęście – wykorzystał jak statystyczny Polak, zaglądając do kieliszka.
Jest piątek, 6 maja 1988 r. Pan Kazimierz odwiedza swoją biurową koleżankę, której proponuje wspólne spędzenie piątkowego popołudnia. Nie musiał jej powtarzać dwa razy. Prędko odłożyła biurowe utensylia i razem opuścili teren spółdzielni. Mieli szczęście – spotkali swoją znajomą, dysponującą samochodem. Fiat 126p z trójką znajomych na pokładzie ruszył w kierunku Gdańska. Po drodze samochód zatrzymał się pod domem jednego z kolegów Marszały, zamieszkałego na Przymorzu, przy ul. Chłopskiej . Postój miał trwać kilka minut, jednak przeciągnął się do godziny. Następnie, ok. 18,  udają się do kolejnego kolegi Marszały, również zamieszkałego w Gdańsku. W gościnnych progach spędzają dwie godziny, które poświęcają na biesiadę przy butelce koniaku. Kiedy zobaczyli jej dno, postanowili ruszyć w miasto. Było około 20. Marszała zaprosił całą czwórkę do restauracji „Tip – Top”, mieszczącej się przy ul. Grunwaldzkiej 99/101. Z zaproszenia zrezygnowała jednak właścicielka „malucha” i pojechała do domu. Znana nam juz trójka udaje się do lokalu. Miłą dla gardła celebrę rozpoczynają od piwa, później „doprawiają” się drinkami. Nie były to jednak zbyt wyszukane dzieła sztuki barmańskiej: wódka z coca – colą, zwana wówczas pieszczotliwie „fikołkami”. Ile tych fikołków wypili? Tego już się nie dowiemy. Około godziny 22 zamykano restaurację, więc Marszała uregulował rachunek. Wynosił 8 tysięcy złotych. Dla porównania, bochenek chleba w 1988 r. kosztował ok. 50 złotych.
Podchmielone towarzystwo wytacza się na ruchliwą ulicę Grunwaldzką. Są to okolice dzisiejszego przystanku tramwajowego Jaśkowa Dolina. Udają się na postój taksówek. Niestety, jest pusty. Trójka znajomych postanowiła zatem wejść  – jak to się dzisiaj mówi – „na oczko” do znajdującej się nieopodal restauracji „Newskiej”. Na postój podjechała jednak w tym momencie taksówka i koleżanka Marszały postanowiła wracać do domu. Obaj panowie ruszyli do „Newskiej”. Są wyraźnie niedopici. Mimo, że lokal jest już zamknięty, udaje im się wejść do środka i przy barze wypić jeszcze po setce.
Dżentelmeni są już mocno pijani. Kolega pomaga Marszale wyjść z lokalu, zabiera też jego torbę, w której znajduje się kilka butelek wódki „Polonez” i pomarańcze. Kompani znów trafiają na postój taksówek przy „Tip – Topie”. Pojazdów nadal brak, jedna utworzyła się jakże charakterystyczna dla peerelu rzecz – kolejka. Na czele kolejki stoi młody 20-25 letni szatyn, 175 cm wzrostu, krępej budowy ciała. Młodzian odziany jest w skórzaną kurtkę. Nasi znajomi ustawiają się grzecznie na końcu ogonka, jednak bezczynne oczekiwanie mierzi podchmielonych gdańszczan. Komiliton Marszały postanawia udać się pod znajdującą się nieopodal trzecią restaurację – „Cristal”, i tam spróbować szczęścia. Stawia na ziemi wspomnianą torbę w wódką i chwiejnym krokiem odchodzi. W tym samym momencie podjeżdża taksówka. Miejsce w pojeździe zajmuje opisany przed momentem młodzian w skórzanej kurtce. Taxi podjeżdża pod znajdujący się pod numerem 103 klub „Ster”, skąd chłopak planuje zabrać znajomych. Wychodzi z auta, wtedy do drzwi zbliża się Kazimierz Marszała i pyta kierowcę, czy zawiezie go na Przymorze. Szofer odmawia. Marszała podchodzi do pasażera, rozmawiają. O czym? Tego nie wiemy. Zapewne Marszała chciał zaproponować wspólny powrót taksówką i wspólne rozliczenie kosztów. Być może „Skórzany” oponował, być może Marszała – będąc przecież pod dobrą datą – w jakiś sposób mu ubliżył. Skutek był taki, że młody mężczyzna kopnął Marszałę w okolicę żeber. Cios nie był jednak zbyt silny, gdyż mężczyzna nie przewrócił się. Krewki 25-latek wrócił do taksówki, jednak po kilku sekundach wrócił i zadał Marszale cios pięścią w nos. Trzydziestoczterolatek upadł na chodnik. Zdenerwowany kierowca taksówki wyprosił z pojazdu „Skórzanego” i parę jego znajomych spod klubu i próbował telefonicznie zawiadomić o całym zdarzeniu milicję i pogotowie. Niestety, najbliższy telefon nie działał. W tym samym czasie jednak Grunwaldzką przejeżdżała milicyjna „nyska”, w której podróżowali pełniący owego dnia służbę patrolową na gdańskich trotuarach włocławscy zomowcy. To właśnie ich zaalarmował szofer. Funkcjonariusze niezwłocznie zawiadomili pogotowie oraz delikatnie przeszukali jego odzież. Stwierdzili przy tym, że z ust i nosa pobitego mężczyzny wycieka krew, więc ułożyli go w bezpiecznej pozycji, gdyż obawiali się możliwości zadławienia. Było to ok. 22:30. Podczas gdy zomowcy udzielali Marszale pierwszej pomocy, sprawca pobicia, przez nikogo nie niepokojony, odjeżdża inną taksówką. Nikt nie zauważył też powrotu komilitona Marszały z nieudanej wyprawy po taksówkę. Zauważył on kolegę, opartego o mur i kręcących się wokół niego milicjantów. Ponieważ sam był nietrzeźwy, a na dodatek bez dokumentów, zabrał pozostawioną torbę z wódką i pomarańczami i salwował się ucieczką. Mienie oddał następnego dnia ślubnej połowicy Kazimierza.
Sanitarka pojawiła się na miejscu zdarzenia ok. 22:40, po przygotowaniu chorego przewiozła go do kliniki ówczesnej Akademii Medycznej w Gdańsku. Tam znalazł się dokładnie o 23:05. Lekarze stwierdzili obecność krwiaka wewnątrz czaszki, co spowodowało, że trzydziestoczterolatek został poddany operacji neurochirurgicznej. Niestety, mimo podjętych działań Kazimierz Marszała zmarł 12 maja 1988 r. nie odzyskawszy przytomności.
O okolicznościach powstania u Marszały obrażeń głowy lekarze zawiadomili Komendę Miejską MO w Gdańsku. Trójmiejscy funkcjonariusze, pod nadzorem miejscowej prokuratury, przeprowadzili śledztwo w sprawie. Zgodnie z obowiązującym ówcześnie Kodeksem karnym z 1969 r. czyn z art. 157 § 2 w zw. z art. 155 § 1 pkt. 2 zagrożony był karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 2. Niestety, milicjanci nie zdołali ustalić świadków zdarzenia. To zastanawiające, wszak do pobicia doszło na ruchliwej ulicy jednego z największych polskich miast, w piątkowy, ciepły wieczór.
Śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy. Karalność zbrodni ustała 12 maja 1998 r. Akta przekazano na makulaturę.
Czy naprawdę nie było możliwości ustalenia sprawy tego pobicia? Jedno jest pewne, Kazimierz Marszała za ten niewinny wieczór zapłacił najwyższą cenę.
Sprawa dawnej Prokuratury Rejonowej w Gdańsku, sygn. akt 4Ds 52/88
Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia
Przeczytaj również: