Sylwia Racino | fot. T. Gosk, A. Tyszkowska, "Sto nie wykrytych zbrodni. 997", Wrocław, 1993 r., s. 175

Mimo, że początek lipca to moment, w którym wschód Słońca następuje nieco później, niż w najdłuższy dzień roku, to jednak już o godzinie 4 jest dość widno. Jeśli nie pada, pogoda zachęca do spacerów po lesie, wsłuchania się w śpiew ptaków, kontemplacji przyrody i zbierania grzybów. Te wzniosłe cele towarzyszyły pewnemu mieszkańcowi jednej z podleszczyńskich wsi, który o brzasku 4 lipca 1990 r. wybrał się na grzybobranie. Niestety, sielską atmosferę porannego spaceru zakłóciło ponure znalezisko, które uczyniło ów poranek niezapomnianym. Tego dnia bowiem przypadkowy grzybiarz ujawnił w gęstym młodniku leśnym zwłoki młodej kobiety. Ciało znajdowało się w okolicach parkingu leśnego, położonego w odległości ok. 2 kilometrów od Święciechowy (powiatu leszczyńskiego). Na miejscu niezwłocznie znalazła się ekipa śledcza z ówczesnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Lesznie. Tego samego dnia w Szpitalu Miejskim w Lesznie odbyła się sekcja zwłok. Koroner nie miał wątpliwości, dziewczyna została zamordowana, a przyczyną zgonu było uduszenie przez zadławienie. Morderca nie żałował sobie trudu, głęboko nacinając nieżyjącej już ofierze prawe przedramię. Mimo, że przy zwłokach nie znaleziono dokumentów, to już wieczorem ustalono, że ofiarą jest 17-letnia wschowianka, Sylwia Racino.

Denatka nie uczyła się i nie pracowała, pobierała jedynie niewysoki zasiłek dla bezrobotnych. Była jedynaczką, mieszkała z rodzicami. Stanowili zwyczajną rodzinę. Sylwia lubiła towarzystwo i rozrywkę, miała wielu znajomych, z którymi spędzała czas wolny. Z uwagi na dogodne położenie, często bywała nad jeziorem w Boszkowie lub Lginiu.

Policjanci prowadzący postępowanie w sprawie zabójstwa stanęli przed ciężkim zadaniem. Śledztwo rozpoczęło się od ustalenia przebiegu ostatnich dni życia denatki. Okazało się, że weekend spędziła wraz ze znajomymi nad jednym z okolicznych jezior. Chciała pozostać tam dłużej, jednak do jednego z gospodarzy miała przyjechać żona, a obecność młodej dziewczyny w takiej sytuacji nie była pożądana. Komilitoni zachowali się jednak przyzwoicie, odwożąc Sylwię do domu. Znalazła się tam w niedzielę, 1 lipca 1990 r. około 10. Wieczorem, podczas wspólnego oglądania „Wieczorynki” Sylwia zawiadomiła rodziców, iż nazajutrz planuje wyprawę do Boszkowa, aby odebrać drobny dług od swego znajomego.

Swoje plany wcieliła w życie, w poniedziałkowe popołudnie ruszyła do Boszkowa. Nie była jednak sama, towarzyszyła jej mieszkająca w sąsiedztwie jedenastolatka. Dziewczyny przyjaźniły się, Sylwia przekazała jej wszystkie swoje zabawki i lalki. Wczesnym popołudniem znalazły się w Boszkowie, znanej wielkopolskiej miejscowości wypoczynkowej. Tam Sylwia spotkała się ze swoim chłopakiem, który oddał jej pożyczone wcześniej pieniądze. Windykowana mamona natychmiast została przeznaczona na zakupy – Sylwia nabyła kostium kąpielowy. Po tych absorbujących czynnościach dziewczyny znalazły się na plaży. Gdy znudziło im się leżakowanie, odwiedziły pracującego w pobliskim salonie gier chłopaka Sylwii, jednak spotkanie to nie było udane. Oblubieniec był na lekkim rauszu, co spotkało się z pewną dezaprobatą siedemnastolatki.

Około 20 postanowiła, że trzeba wracać do domu. Z Boszkowa wydostały się „okazją” – żukiem jadącym do Leszna. Łatwość nawiązywania kontaktów, która posiadała Sylwia, również tym razem dała się we znaki. Kierowca przedstawił się jako właściciel firmy, zaproponował dziewczynie pracę; miała rozwozić mrożone kurczaki. W celu uzgodnienia szczegółów umówili się na spotkanie na leszczyńskim dworcu kolejowym o godz. 22:30. Planowali też wspólną podróż do Wrocławia tej samej nocy. W wojewódzkim wówczas Lesznie żuk znalazł się ok. 20:25. Dziewczyny wysiadły przy miejskiej rzeźni, znajdującej się w przy ul. Tama Kolejowa. Następnie sforsowały tory, idąc pod wiaduktem w kierunku ul. Szybowników. Kolejnym wykroczeniem, które popełniły, był zabór kilku jabłek z drzewa rosnącego w cudzym ogrodzie. Około 20:40 znalazły się na przystanku komunikacji miejskiej, znajdującym się na wysokości budynku przy ul. Szybowników 81/83. Tam Sylwia zatrzymała kolejny samochód – czerwonego poloneza, który zawiózł je do Wschowy. Policji do dziś nie udało się ustalić personaliów uczynnego szofera.

Gdy dotarły do Wschowy, siedemnastolatka najpierw odprowadziła do domu swoją koleżankę. Jej matce opowiadała, że przyjechała tylko na chwilę i zaraz wraca do Leszna. Następnie wpadła do siebie. Zdziwionym, leżącym już w łóżku rodzicom wyjaśniła, że jedzie na dyskotekę do Boszkowa ze swoim chłopakiem. Przebrała się w spodnie i białą bluzkę z żabotem, zabrała myśliwską torebkę i wyszła z domu. Policja dotarła do świadków, którzy widzieli Sylwię tego wieczora ok. 21:15 w okolicy budynku „Centrali nasiennej”, skąd wykoncypowano, że próbowała dostać się do Leszna lub Boszkowa. Znajomi ci byli jednak ostatnimi osobami, które widziały Sylwię żywą.

Sekcja zwłok oraz odpowiednie badania anatomopatologiczne wykazały, że do zabójstwa doszło między godziną 23 w poniedziałek, a 8 rano we wtorek, 3 lipca 1990 r. Miejsce znalezienia zwłok nie było miejscem zbrodni, ciało zostało tam podrzucone najpóźniej ok. 4 nad ranem, 4 lipca 1990 r.

W toku czynności śledczych nie ustalono, czy dziewczyna dotarła na spotkanie w dworcowej restauracji, ponieważ kierowca żuka zeznał, że musiał wcześniej wyjechać do Wrocławia, a „praca jest ważniejsza od przyjemności”. Mimo to Policja zatrzymała wszystkich mężczyzn, podróżujących feralnego wieczoru żukiem oraz przeszukała ich domy, znajdujące się we wsi Czernina. Nie znaleziono jednak niczego, co mogłoby rzucać podejrzenia na tych dżentelmentów.

Organy ścigania zwróciły się o pomoc do telewizyjnego magazynu 997. Ekipa z red. Michałem Fajbusiewiczem na czele w lipcu 1991 r. przygotowała okolicznościową sekwencję na miejscach zdarzeń. Jej emisja nastąpiła 31 lipca 1991 r. oraz 4 sierpnia 2003 r. Po emisji zgłosił się świadek, mieszkaniec województwa dolnośląskiego, który na przełomie czerwca i lipca widział w okolicy Szlichtyngowej szamoczącą się w samochodzie młodą dziewczynę, ubraną w białą bluzkę. Policjanci ustalili jednak, że wydarzenie to miało miejsce w piątek 29 czerwca, więc nie jest istotne dla rozwikłania tego zabójstwa. Nie pomogła również rekonstrukcja, przygotowana przez dziennikarzy „Telewizyjnego Biura Śledczego” wraz z Bronisławem Cieślakiem, gwiazdą peerelowskiego serialu „07 zgłoś się”, ani liczne publikacje w prasie lokalnej i ogólnopolskiej.

Od zabójstwa mijają właśnie 24 lata. Policji zostało już tylko 6 lat na znalezienie zabójcy  i postawienie mu odpowiednich zarzutów. Postęp techniki i nauk biologicznych daje nadzieję, że sprawca nie uniknie odpowiedzialności. Również piszący te słowa pragnie, aby w tej sprawie możliwe było przywołanie słów Franza Kafki: „Żaden akt nie ginie, nie ma u sądu zapomnienia.” („Proces„).

Sprawa Prokuratury Rejonowej w Lesznie, sygn. akt 1Ds 1443/90.

Hubert R. Kordos
Bez przedawnienia

Przeczytaj również: